Fragment wywiadu, jako motto dla ….

…No proszę, wieczny dyrektor.

- Nie wieczny, tylko nowy. Uniwersytet … to nowe miejsce pracy i nowy zawód, którego uczę się po pięćdziesiątce od młodszych i mądrzejszych.

Cóż za skromność.

- Mówię, jak jest. Są zawodowcy, którzy wierzą w zarządzenie przez wartości, przez jakość, przez cele albo przez coś tam jeszcze. Ja wierzę w zarządzanie przez zarządzenie. Polega to z grubsza na zebraniu w jednym miejscu i w jednym czasie mądrzejszych od siebie i pozwoleniu im na pokazanie, co potrafią. Tak było przez lata, kiedy zarządzałem Instytutem.., tak jest teraz w Uniwersytecie…

Takie podejście sprawdza się szczególnie dobrze w kulturze.

- W kulturze, edukacji i pewnie w wielu innych przedsięwzięciach opartych na wiedzy, talencie i relacjach. Rygorystyczne, kapralskie albo – jak je nazywa Jacek Santorski – folwarczne metody zarządzania sprawdzają się w wojsku, policji i straży pożarnej, gdzie nie ma czasu ani sensu dyskutować….

(Przepraszam Dziennikarza i Jego Interlokutora za wykorzystanie tego tekstu)

 

Projekt Nowelizacji Ustawy o Spółdzielniach Mieszkaniowych

Projekt Nowelizacji Ustawy o Spółdzielniach Mieszkaniowych

 

Z dużą satysfakcją przeczytałem ten Projekt. Zawarte w nim zapisy w wielu miejscach korespondują – a nawet są identyczne –  z moimi propozycjami zmian złożonymi swego czasu byłej Czasowej Komisji Statutowej naszej RN. Niestety zostały one w czambuł odrzucone a nowego statutu jak niema tak nie ma!

Prawdę powiedziawszy przygotowany przez CKS projekt statutu teraz jest musztardą po biedzie z uwagi na prace w Sejmie nad wyżej zaprezentowanym projektem UoSM.

Niżej podaję adres, gdzie można ten Projekt UoSM przeczytać.

http://temidacontrasm.info/projekt-zmiany-uosm/projekt-nowelizacji-uosm/

Kłamstwo i oszustwo są jak rak

Robert Walenciak „Przegląd”

Kłamstwo i oszustwo są jak rak

W kulturze wciskania kitu, w której żyjemy, stajemy się coraz bardziej nieczuli na kwestie prawdy i fałszu. 

Rozmowa z profesorem Andrzejem Szahajem o „turbokapitalizmie”

 

– Prof. Andrzej Szahaj – filozof polityki, kulturoznawca, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor m.in. książek „Kapitalizm drobnego druku” (2015) i „Inny kapitalizm jest możliwy” (2016).–

 

Robert Walenciak: Panie profesorze, kłamstwo w naszych czasach popłaca.

Prof. Andrzej Szahaj: Oczywiście. Widać to zarówno w polityce, gospodarce, jak i w mediach. W tej pierwszej dowodem jest wybór Trumpa. W drugiej – triumfujący od kilkudziesięciu lat turbokapitalizm, w ramach którego liczne podmioty instytucjonalne, takie jak banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, korporacje, fundusze powiernicze i agencje ratingowe, korzystają ze wszystkich sposobów, w tym nieuczciwych, aby osiągnąć zysk, i z reguły im się to udaje. Co do mediów zaś, wystarczy obejrzeć reklamy w polskiej telewizji, aby zorientować się, gdzie jesteśmy. Przede wszystkim moją ulubioną o „zespole niespokojnych nóg”, bredni wymyślonej po to, aby sprzedać nam jakieś kolejne tabletki jedynie niszczące zdrowie. Osobną sferą demoralizacji jest internet, w którym na kłamstwie i oszustwie zarabia się bez żadnych skrupułów.

Co takiego się zdarzyło, że kłamcy są górą, że przestali nas gorszyć? Pan wskazuje turbokapitalizm.

Tak. Moim zdaniem za postępującą degrengoladę moralną Zachodu odpowiada w największej mierze turbokapitalizm, przez który rozumiem system, który wyzbył się wszelkich hamulców moralnych w pogoni za zyskiem. Ostatni kryzys obnażył jego naturę.

Nowa religia – neoliberalizm

Ale przecież kapitalizm, sam pan to mówi, wyrósł z pobudek etycznych, z szacunku dla ciężkiej pracy i sumienności. Nasze bajki – o świerszczyku i mrówce, nasze przysłowia – oszczędnością i pracą ludzie się bogacą, są tego echem. Co się stało, że to lekceważymy?

Nastąpił cały ciąg zgubnych procesów o charakterze ideowym oraz społecznym, które doprowadziły do obecnej degrengolady. Przede wszystkim kapitalizm z systemu, w którym istniała pewna równowaga pomiędzy różnorakimi przedsiębiorstwami, konkurującymi mniej więcej uczciwie na rynku kapitalistycznym starannie regulowanym przez państwa, zamienił się w coś innego.

W inny system, turbokapitalizm…

W którym ogromne korporacje oraz banki wywalczyły sobie pozycję dominującą, państwo wycofało się z funkcji regulatora, a mniejsi gracze, aby przetrwać, porzucili wszelkie skrupuły i zaczęli się dostosowywać do środowiska, w którym walka o przetrwanie nabrała charakteru walki na śmierć i życie. Nie bez znaczenia był także stopniowy spadek oddziaływania tradycyjnych systemów moralnych o charakterze religijnym lub świeckim, pozwalających kiedyś utrzymywać kapitalizm w moralnych karbach. Zastąpiła je ideologia neoliberalizmu, a ta, czyniąc z zysku jedyne kryterium sukcesu jednostki oraz przedsiębiorstwa, otworzyła drzwi do legitymizacji niemoralnego zachowania.

Przypomnę tylko znamienne słowa jej proroka, Miltona Friedmana, który napisał w jednym z dzieł, że jedynym obowiązkiem społecznym przedsiębiorstwa jest osiąganie zysku, sam zaś chwalił Pinocheta i odwiedzał go w Chile, dając przykład manifestacyjnej pogardy dla wszelkich zasad moralnych. Pewną pociechą jest jedynie to, że powyższe plagi dotknęły przede wszystkim kapitalizm w wersji anglosaskiej. Już np. Skandynawowie na ogół zachowali rozsądek i dystans i po bardzo krótkim flircie z ideami neoliberalizmu wrócili na szczęście do swojego wypróbowanego modelu ekonomicznego i społecznego.

 

Dlaczego sukces materialny, konsumpcja stały się ważniejszym wyznacznikiem sukcesu, dobrego życia niż przestrzeganie zasad? Może po prostu taki jest gatunek ludzki?

Nie wierzę w istnienie jakichś esencjalnych cech gatunku ludzkiego. Człowiek staje się taki jak otoczenie, w którym przyszło mu żyć, ponadto szybko się uczy. Jeśli zauważy, że kłamstwo i oszustwo się opłacają, że np. dają przewagę jego rywalom w konkurencji rynkowej, to choćby sam był skłonny do przestrzegania zasad moralnych, wreszcie ulegnie pod groźbą klęski. Nie bez znaczenia jest też stopniowe przywykanie do różnych kłamstewek, z którymi codziennie mamy do czynienia. Do tego, że seans w kinie czy telewizji nigdy nie zaczyna się o zapowiedzianej porze, tylko zawsze później z powodu reklam (coraz dłuższych), że komputer, chwalony jako wspaniały i niezawodny, psuje się definitywnie zaraz po wygaśnięciu gwarancji, że codziennie ktoś próbuje nas na coś naciągnąć, dzwoniąc od samego rana.

Albo wpisując do umowy drobnym drukiem różne niekorzystne dla nas rzeczy.

W kulturze wciskania kitu, w której żyjemy, stajemy się coraz bardziej nieczuli na kwestie prawdy i fałszu, uznajemy, że tak musi być, i przywykamy. Jeśli dodamy do tego wpajane nam wciąż, m.in. przez media, przekonanie, że jedyny prawdziwy sukces to sukces materialny, a dobre życie polega tylko na możliwości nieograniczonej konsumpcji, wreszcie ulegamy i przystępujemy do wyścigu szczurów, w którym żadne względy moralne nie mają już znaczenia.

Internet – Dziki Zachód naszych czasów

Mówi pan, że internet stał się miejscem nieograniczonego kłamstwa i działań amoralnych. Sam z siebie? Dlaczego w internecie amoralność wygrywa z moralnością?

Internet jest jedynie narzędziem, które może być wykorzystywane zarówno w dobrych celach, jak i w złych. Sam z siebie nie jest ani dobry, ani zły. Pewne jego cechy decydują jednak o tym, że gdy chce się go użyć w celach złych, okazuje się nader efektywny. To m.in. szybkość rozprzestrzeniania się informacji w sieci oraz niemożność weryfikacji z powodu ich ogromnej liczby. Kłopot pogłębiają jeszcze anonimowość ich twórców oraz dotychczasowa bezkarność nawet tych kłamców czy oszczerców, których udało się zidentyfikować. Zepsuciu sprzyja także polityka wielkich korporacji internetowych, mających moralność w nosie i chcących po prostu zarabiać na wszystkim, także na kłamstwie. Jeśli sprzedaje się ono lepiej niż prawda, tym gorzej dla prawdy. W ostateczności zatem u podłoża kłopotów leżą jak zwykle pieniądze, które mają moc czynienia dobrych rzeczy, ale także demoralizowania. Świetnym przykładem jest współczesny sport, w dużej mierze zepsuty wielkimi pieniędzmi.

Kto korzysta najbardziej z internetowej wolności?

Korzystają z niej wszyscy użytkownicy. Spora część rozsądnie i odpowiedzialnie, ale niestety również ci, którzy nie mieliby żadnych szans na publiczne prezentowanie poglądów czy przekonań gdzie indziej ze względu na ich kłamliwy, czy po prostu haniebny charakter. W tym sensie internet stał się przede wszystkim areną samowoli, w którą zawsze zamienia się wolność niemająca żadnych ograniczeń. To zresztą dylemat znany w cywilizacji zachodniej co najmniej od narodzin liberalizmu – jak zapewnić wolność, która nie obróciłaby się przeciwko samej sobie przez to, że zostałaby użyta dla niecnych celów? Zachód nie wymyślił niczego lepszego. jak dbanie o jej możliwie najszerszy zakres, z zastrzeżeniem, że nie może on być nieograniczony.

Efekt jest taki, że mamy wysyp hejterów. A zamiast debat – obrażanie.

– To sprawa emocji. Internet, tak samo zresztą, jak telewizja, przedkłada raczej ekscesy emocjonalne nad intelektualny namysł. Wynika to choćby z preferowanej przez niego skrótowości komunikatów oraz szybkości ich tworzenia i przesyłania. Ta skrótowość oraz szybkość zabija mądrość i służy głupocie. A poza tym pokazuje on, jak wielkie są pokłady ludzkiej frustracji, wściekłości i gniewu, które, nawet jeśli uzasadnione, rzadko kierowane są we właściwą stronę. Z reguły znajdują byle jaki upust, i to w formie, która w tzw. realu spotkałaby się natychmiast z reakcją innych, często gwałtowną. Nie mówiąc już o tym, że prawo, które na szczęście w realu jeszcze obowiązuje, stoi jednak na straży przyzwoitego zachowania. Tymczasem w internecie brakuje takiego strażnika. Z jakichś dziwnych przyczyn uznano, że internet nie powinien podlegać żadnym sensownym regulacjom. Jedyne, które się dopuszcza, pochodzą od wielkich korporacji dbających przede wszystkim o to, aby nikt nie psuł im interesów.

Nasze kłamstwo to dobre kłamstwo

Amoralność turbokapitalizmu w połączeniu z amoralnością internetu przyczynia się do triumfu amoralności w polityce. To pana słowa. Tak już pozostanie? Kłamstwo nie będzie weryfikowane ani potępiane?

Pozamykaliśmy się w swoich bańkach informacyjnych i politycznych, prawie nie rozmawiamy spokojnie, bez złości, bez wzajemnego obrażania i upokarzania. Prowadzimy wojnę kulturową na wyniszczenie. Tolerujemy kłamstwa, gdy są korzystne dla nas. Przy czym, jeśli występują one w polityce, to jeszcze pół biedy, m.in. dlatego, że nasze oczekiwania wobec polityki i polityków od dawna są niskie, mimo że przecież nie wszyscy politycy utracili poczucie przyzwoitości. Gorzej, gdy standardy moralne obniżają się w takich dziedzinach naszego życia, w których jesteśmy zanurzeni na co dzień.

 

Jak uchwala się w Polsce prawo? To znaczy?

Myślę tu przede wszystkim o sferze umów z innymi ludźmi, które zawieramy bądź expressis verbis, bądź domyślnie, uczestnicząc w różnych praktykach społecznych. Jeśli tutaj zaczyna nas spotykać zawód za zawodem, też mamy tendencję do zaprzestawania gry fair. Jeżeli systematycznie oszukuje nas pracodawca, także mamy ochotę zacząć go oszukiwać; jeżeli systematycznie oszukuje nas ktoś, kto ma wykonać jakąś usługę, sami zaczynamy oszukiwać, oferując innym swoją. Jeśli stajemy się podejrzliwi wobec instytucji, które nie powinny nas oszukiwać, ale oszukują, to zaczynamy tracić wiarę w uczciwość wszelkich instytucji. Jeśli widzimy, że inni oszukują i to im się opłaca, zaczynamy wątpić w sens własnej uczciwości. Kłamstwo i oszustwo są jak rak, jeśli szybko nie zatrzymamy ich rozprzestrzeniania się, zniszczą cały organizm.

Wbrew pozorom moralność nie jest dodatkiem do czegoś ważniejszego, ale podstawą integracji społecznej. Gdy zaczyna upadać, dana wspólnota też przeżywa upadek. Historia i nauka dostarczają nam wielu przykładów. Wystarczy przypomnieć upadek Cesarstwa Rzymskiego albo Francję przedrewolucyjną.

Kłamstwo staje się „normalnym” narzędziem debaty? Byle tylko nie zostało szybko zweryfikowane?

Problem polega na tym, że nawet jeśli kłamstwo zostaje obnażone, nic z tego nie wynika. Szybko można je wszak usprawiedliwić jakimś rzekomym interesem wyższym czy nawet, ostatecznie i bezwstydnie, własną korzyścią. W świecie zdominowanym przez bezwzględny egoizm takie usprawiedliwienie staje się coraz bardziej akceptowane. A jeśli ma ona charakter korzyści dla jakiejś opcji ideowej czy politycznej, usprawiedliwienie przychodzi szczególnie łatwo. Tak jakby kłamstwo jako narzędzie walki politycznej przestawało być kłamstwem. Tolerancja jest tutaj związana z postępującym procesem odmoralnienia polityki. Wraz z odmoralnieniem relacji ekonomicznych oraz usytuowaniem się części mediów (np. tabloidów) poza dobrem i złem proces ten odpowiada za ponury obraz dzisiejszego świata.

Możni tego świata się śmieją

Przychodzi więc czas politycznych hochsztaplerów?

W polityce nigdy ich nie brakowało. W gospodarce pewnie też. Problemem jest dziś nie ich istnienie, ale bezwstydność i skuteczność ich postępowania. Przez chwilę wydawało się, że po doświadczeniach różnych zapaści ekonomicznych, totalitaryzmów i dyktatur nauczyliśmy się dusić zło w zarodku. Dziś widać, że niczego się nie nauczyliśmy.

A może trochę? Były przecież w internecie akcje przeciwko chciwym biznesmenom podnoszącym ceny leków. Są akcje przeciwko dyktatorom.

Może nie jest tak źle?

Słowa, słowa, słowa. Nikt już nimi się nie przejmuje. Możni tego świata mają w nosie nasz sprzeciw moralny. Najlepszą tego ilustracją jest sławne zdjęcie bankiera z Wall Street, który przechodząc obok obozowiska nowojorskich oburzonych, pokazuje im język. Dramatem naszych czasów jest całkowita niemoc, bezradność ludzi wobec sił, nad którymi kompletnie nie panują, a które często pustoszą ich życie. Doskonałym przykładem są wielkie korporacje i banki, które stopniowo obejmują faktyczną władzę nad światem, nie przejmując się ani państwami, ani demokracją, ani moralnością.

Mechanizm tzw. obrotowych drzwi, czyli przechodzenia ludzi z wielkiego biznesu do polityki i z polityki do wielkiego biznesu, dobrze ilustruje sytuację, w której następuje faktyczna fuzja tych światów. Aby zrozumieć, jak to działa, wystarczy popatrzeć na skład pierwszego rządu Baracka Obamy i obecnego rządu Donalda Trumpa, na wysokie stanowiska w instytucjach Unii Europejskiej, w bankach centralnych poszczególnych państw oraz Europejskim Banku Centralnym, a wreszcie na bardzo charakterystyczną dla tej sytuacji karierę pana Junckera, strażnika faktycznego raju podatkowego w samym sercu Europy, nagrodzonego najwyższym stanowiskiem w Unii Europejskiej. Nie przypadkiem też nie usunięto ani jednej faktycznej przyczyny ostatniego kryzysu, np. nie podzielono banków za dużych, aby upaść, ani nie zlikwidowano rajów podatkowych. Żadnemu bankierowi nie spadł włos z głowy.

Jak zerwać z neoliberalizmem?

Czy tradycyjne systemy moralne są skazane na porażkę? Bronią się bardzo agresywnie, wystarczy popatrzeć na wojującą prawicę.

Nie wiem, jaki tradycyjny system moralny patronuje prawicy, bo w jej zachowaniu zarówno na świecie, jak i w Polsce widzę jedynie selektywne i opaczne wykorzystywanie różnych impulsów płynących z przekazów religijnych, niemające nic wspólnego z chrześcijaństwem jako takim. Niestety, to samo da się powiedzieć o tzw. lewicy. Już dawno stała się kompletnie bezideowa i dziś po doświadczeniach „lewicowych” rządów Blaira, Schrödera, Millera czy Clintona trudno ją odróżnić od całej reszty mainstreamu politycznego.

Jaka więc tworzy nam się moralność? Jakie obowiązują zasady? A może nic się nie tworzy i za chwilę czeka nas upadek?

Nie chcę nadmiernie moralizować ani budzić tzw. paniki moralnej. Jedno i drugie jest niepotrzebne, a czasami wręcz niebezpieczne. Mam jednak nieodparte wrażenie, że zabrnęliśmy w ślepą uliczkę, z której będzie bardzo trudno zawrócić. Musielibyśmy bowiem nie tylko dokonać istotnej weryfikacji przekonań, które zdominowały nasze myślenie przez ostatnie kilkadziesiąt lat, przekonań z grubsza związanych z neoliberalizmem, ale także przeciwstawić się potężnym grupom interesu, dla których był to okres wprost niezwykłej prosperity, uzyskiwanej często kosztem innych.

Bardzo się boję, że tak jak to nieraz bywało w historii, dopiero znacznie głębszy niż ostatni kryzys ekonomiczny albo wybuch jakiegoś masowego niezadowolenia społecznego czy, nie daj Boże, wojny mógłby odwrócić bieg wypadków. Trzeba za wszelką cenę dążyć do uniknięcia takich scenariuszy i wykorzystać narzędzie demokracji do zmiany status quo. W USA sukces był blisko, Bernie Sanders mógł wygrać wybory i zmienić ten kraj, wszak kiedyś udało się to Rooseveltowi w dosyć podobnych warunkach. Sytuacja dojrzewa do radykalnych zmian także gdzie indziej. Jeśli nawet pani Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bastionu ortodoksji neoliberalnej, dostrzegła problem nierówności społecznych, jeśli pochylają się nad nimi władcy świata zbierający się Davos, to może cuda się zdarzają…